środa, 27 listopada 2013

Baza pod cienie ArtDeco

Od kiedy tylko pamiętam moją największą zmorą podczas makijażu oczu była świadomość tego, że za kilka godzin po moim cudownym rozblendowaniu cieni na powiece zostanie wspomnienie, bo budowa mojego oka jest taka, że powieka ruchoma jest prawie całkowicie schowana, kiedy mam otwarte oczy. Skutkuje to niestety tym, że cienie nie trzymają się tak, jak powinny przez cały dzień i zbierają się w zagłębieniu powieki. Po nieudanych próbach z bazą Inglota, którą po użyciu jednej piątej słoiczka wyrzuciłam bez żalu postanowiłam zainwestować w bazę ArtDeco, bo nasłuchałam się wielu pozytywnych komentarzy na jej temat. Było to kilka lat temu, a za niedługo kończę moje trzecie opakowanie.
Według producenta baza Eyeshadow jest neutralnym, pielęgnującym podkładem pod cienie o kremowej konsystencji. Zapobiega gromadzeniu się koloru w zagłębieniu powieki, sprawia, że cienie są odporne na działanie wody oraz wielokrotnie poprawia ich trwałość. Dzięki niej powieki są równomierne pokryte cieniem, a barwy intensywniejsze.
Czy to prawda? Moim zdaniem tak, chociaż baza ta ma swoje plusy i minusy. Zacznijmy od słoiczka - śliczny, malutki (ja mam coś z tym uwielbieniem malutkich rzeczy:D), ładnie się prezentuje. W środku mamy 5ml kremowej bazy, którą bardzo łatwo wyjąć z opakowania i nałożyć na powieki. Świetnie poprawia trwałość cieni. Jest to jedyna baza, która faktycznie nie powoduje u mnie rolowania się cieni, ani ich zanikania. Po prostu trzymają się tam, gdzie powinny przez cały dzień. Ponadto opakowanie starcza na całą wieczność, ja swoje otworzyłam w zeszłym roku, jakoś w sierpniu i wciąż mam tyle, ile widzicie na zdjęciu, a używam jej CODZIENNIE. Cena też nie jest zabójcza jak na tą wydajność i działanie. Podbijanie kolorów cieni to główny jej atut, chociaż mi bardziej zależało na tym, żeby cienie się trzymały w ogóle przez cały dzień, a niekoniecznie żeby kolor był podbity, ale nie jest to przecież coś do narzekania:)
Oczywiście są też pewne minusy, o których niestety powinnam wspomnieć. Po pierwsze - kremowa konsystencja jest kremowa i mięciusieńka tylko na początku, z czasem robi się twardsza i bardziej "gumowata" (chociaż nie zmienia się całkowicie w gumę), ale to skutkuje trudnością w równomiernym nałożeniu jej na powiekę. Nie wolno też zapomnieć o dokładnym zamykaniu słoiczka, bo właśnie przez to ona się robi bardziej "gumowa". Zapach też nie jest piękny, ale da się znieść, szczególnie, że nie nakładamy tego na nos, tylko na powiekę:) Po trzecie - i ostatnie - nie wszystkie cienie dobrze współgrają z tą bazą (szczególnie, jak już nie jest zupełnie nowa), nie wiem, od czego to zależy, wydaje mi się że od pigmentacji cieni, jeśli są "grubiej" zmielone, to po pomalowaniu oka ich powierzchnia nie jest całkowicie jednolita i gładka. Nie są to wielkie minusy, ale jednak.
Czy kupiłabym ją ponownie? Pewnie, że tak! Cena i działanie jest super, wydajność super, więc jasne, że kupiłabym ponownie. Ale czy kupię? Na razie nie, bo w kolejce czeka UD Primer Potion i chcę zobaczyć, która z tych baz będzie się sprawować u mnie lepiej. Tymczasem wszystkie dziewczyny, które się zastanawiają nad zakupem i mają taki jak ja problem z powiekami, zachęcam do nabycia jej, bo z pewnością się nie zawiedziecie.
Moja ocena: 9/10

czwartek, 21 listopada 2013

Nowości kilka

Muszę przyznać, że w tym miesiącu nie szalałam mocno z zakupami i oprócz tego, co Wam już pokazałam na początku miesiąca (zakupy w Lancome) kupiłam jak na moje możliwości niewiele:)
Rzecz, na którą czaiłam się od kilku ładnych tygodni:
Puder prasowany Guerlain Meteorites 01 Teint Rose.
I teraz słowem wyjaśnienia, dlaczego akurat teraz musiałam kupić puder, pomimo faktu, że kilka posiadam? Otóż kilka tygodni temu wyczytałam na jakimś blogu, że te pudry nie będą już dostępne w opakowaniu z rozetką. Od teraz będą w tej złotawej kasetce, a tych już nie będzie. Chciałam mieć wcześniej puder prasowany Guerlain, ale zawsze myślałam, że mam jeszcze czas na zakup, a tu się okazało, że opakowania z rozetką nie będzie już można kupić i oczywiście moje chciejstwo sięgnęło zenitu. Rzecz jasna jak się zorientowałam to już nie można było tej wersji nigdzie dostać, ani w necie na sprawdzonych stronach, ani w Debenhamsie na stoisku Guerlain. Szukałam tego pudru przez kilka tygodni i trochę zwątpiłam, a tu nagle cud i w końcu udało mi się znaleźć zarówno mój kolor, jak i wydanie w tym opakowaniu, które chciałam. Jestem zachwycona. Aż boję się dotknąć, żeby nie zepsuć:) A zapach.... Cudowności...
Nad tym zestawem, który Wam zaraz pokażę, zastanawiałam się długo, ale stwierdziłam, że taka okazja może się już nie powtórzyć i za taką cenę takiego czegoś na pewno już nie upoluję, a w dodatku wiedziałam, że to jest zestaw Świąteczny, więc im bliżej do Gwiazdki, tym trudniej będzie go zdobyć:
W gratisie dostałam kosmetyczkę z miniaturkami (taką samą, jak Wam pokazywałam we wcześniejszym poście o zakupach w Lancome, tylko tym razem wzięłam czerwoną). A sam zestaw uważam za bardzo udany, ponadto wartość samej palety cieni i palety róż-rozświetlacz-bronzer przewyższa wartość całego kuferka, a mamy jeszcze pełnowymiarowy Bi-Facil i inne rzeczy. Jeśli jesteście zainteresowane kupnem go i mieszkacie w UK, to wiem, że on jest nadal dostępny w Debenhamsie, niestety żeby go kupić za 5dych trzeba kupić najpierw cokolwiek z Lancome za 30funtów, ja swój jeszcze nabyłam bez konieczności tego dodatkowego zakupu.
I ostatnia rzecz - zalotka z MACa, nad którą też długo myślałam, ale w końcu, kiedy moja stara zalotka (jakaś bazarkowa za 1 funta) zaczęła mi wyrywać rzęsy to powiedziałam 'O, nie!' i skusiłam się na MACową. Użyłam ją na razie dwa razy, ale już Wam mogę powiedzieć, że to najlepsza zalotka, jaką w życiu miałam! Jeśli Shu Uemura jest uznawana za jeszcze lepszą od MACowej, to musi chyba być mistrzostwem świata.
Co wpadło do Waszych koszyczków w ostatnim czasie?

środa, 20 listopada 2013

Jak mieszkają moje kosmetyki?

Kiedyś pokazywałam Wam, jak wygląda organizacja moich kosmetyków (klik). Od tego czasu wiele się zmieniło - kupiłam toaletkę, inaczej wszystko przestawiłam, poukładałam i rozwiązałam, no i oczywiście dokupiłam to i owo:) Nadszedł więc czas na update. Zapraszam zatem do mojego kosmetycznego kącika.
Toaletka z Ikei rzecz jasna. Ta mi się podobała. Wiem, że dużo dziewczyn też ma taką, ale mi to absolutnie nie przeszkadza. Musiałam jednak dokupić małą szafkę, gdyż moje rzeczy się nie zmieściły w tej jednej szufladzie. Na zdjęcie załapał się kawałek stojaka lampy pierścieniowej.
A na biurku podkłady, patyczki i moja skromna kolekcja pomadek, znalazł się też na zdjęciu nieużywany jeszcze pędzelek Guerlain (wciąż żal mi go użyć, hihi).
Pojemnik, w którym jest misz-masz, czyli moja biżuteria, różne bazy, pęsety i sypkie pigmenty.
Pędzle - tylko te, których rzeczywiście używam.
Między toaletką i szafką jest mała wnęka, którą wykorzystałam na palety cieni.
A teraz przechodzimy do szuflady w toaletce:
Płyn do mycia pędzli, zalotki, gadżety do ust.
Pudry (w tym Inglotowym opakowaniu jest przesypany puder Ben Nye Cameo, bo z oryginalnego opakowania ciężko się go wyjmowało). Tusze do rzęs, zapasowe tusze, jakieś kredki (słownie: trzy), eyeliner i aqua brow.
Pudry prasowane i 2 paletki Lancome. Korektory, kamuflaż i baza pod cienie.
Róże, bronzery, rozświetlacze (w okrągłym pudełku po pudrze Inglota są przesypane różowe i srebrne kule z pudru Guerlain, które zaadaptowałam sobie jako róż).
Organizacja szafki:
Aktualna pielęgnacja, próbki perfum, zapasowe tusze próbkowe, szczotka i inne takie.
W drugiej szufladzie mamy (od góry od lewej) - toniki, mleczka i żele do mycia twarzy; kremy pod oczy (załapał się też mały olejek Nuxe i krem do rąk); kremy do twarzy; sera.
W ostatniej szufladzie mam kosmetyki, które czekają na swoją premierę:)
Nie mogło zabraknąć miejsca, w którym przechowuję zużyte opakowania kosmetyków.
Muszę przyznać, że jak tam patrzę na to wszystko, to nie do końca podoba mi się ułożenie, ale ciągle coś zmieniam i przekładam, bo to sprawia mi swego rodzaju przyjemność, także podejrzewam, że niedługo coś pozmieniam i przestawię, ale teraz mój kącik cudowności prezentuje się właśnie tak.
Zapomniałam sfotografować szuflady (bo jest gdzieś indziej), w której mam szampony, odżywki i żele do mycia (i inne takie drobiazgi), a to, co aktualnie używam do kąpieli znajduje się w łazience.
A jak mieszkają Wasze kosmetyki? Bardzo chętnie dowiem się (lub obejrzę u Was na blogach), jakie Wy macie rozwiązania na przechowywanie i organizację.

niedziela, 17 listopada 2013

Clarins Extra Comfort - pierwsze wrażenia

Jakiś czas temu na blogu blush-me-baby przeczytałam o podkładzie Clarinsa i od razu zapragnęłam go mieć. Nieważne, że nie miałam sprawdzonego odcienia, jak to zazwyczaj robię przed zakupem. Zachciało mi się go mieć i już, bo po przeczytaniu jego opisu stwierdziłam, że to może być super podkład dla mnie. Nie bacząc na nic od razu zamówiłam sobie go online, oczywiście w odcieniu najjaśniejszym z możliwych 103 Ivory. Po dwóch dniach przyszedł i zaczęłam używanie.
Podkład zapakowany jest w szklany słoiczek o pojemności 30ml. Wiem, że niektóre z Was nie lubią słoiczkowych rozwiązań ze względu na to, że są to rozwiązania niehigieniczne, jednak ja jestem zadowolona.
Pod nakrętką mamy jeszcze dodatkową plastikową osłonkę.
A gdy ją zdejmiemy, naszym oczom ukazuje się podkład:
Według producenta jest to kremowy, odmładzający podkład zapewniający komfort skóry, posiada "kompleks optymalizujący światło", który przechwytuje, rozprasza i wzmacnia odbite światło dla niewiarygodnego rozświetlenia i optycznego zmniejszenia zmarszczek i niedoskonałości. Produkt zawiera również "globalny kompleks odmładzający", który wzmacnia ochronę skóry i produkcję kolagenu. Organiczny olejek arganowy odżywia i chroni skórę przed odwodnieniem. Posiada filtr SPF15.
Co ja o nim uważam?
Otóż jest to jeden z lepszych podkładów, jakie w życiu używałam! Kolor może mógłby być nieco bardziej wpadający w róż, ale i tak doskonale dopasowuje się do naturalnego odcienia naszej skóry, więc to nie problem. Odcień najjaśniejszy faktycznie jest jasny, ale nie tak jasny jak np. Revlon CS Ivory. W ogóle spodziewałam się, że skoro to jest podkład rozświetlający, to będzie bardzo mało kryjący, ale nic bardziej mylnego! Kryje bardzo dobrze:) Oczywiście jeśli mamy jakieś większe niedoskonałości to trzeba będzie się wspomóc korektorem, ale i tak jak na podkład rozświetlający jest super. Po przypudrowaniu trzyma się na twarzy 6-8 godzin, w zależności, czym go przypudrowuję. Po tym czasie nieznacznie się ściera, ale nie tak, żebym wyglądała jak potwór z bagien, po prostu delikatnie zanika. Skóra po jego nałożeniu wygląda świeżo i promiennie, wszystko, co chcę jest zakryte. Czy powoduje ukrycie zmarszczek i inne takie głupotki? Nie zauważyłam takiego efektu, moje zmarszczki wciąż istnieją, ale skóra wygląda tak ładnie, że zmarchów nie zauważam. Jest fajnie.
Konsystencja jest bardzo kremowa, ale niesamowicie przy tym delikatna, z łatwością rozprowadzimy go na buzi i rozetrzemy tak, jak trzeba, do tego nie zasycha (jak np. EL DW), tylko można spokojnie go "rozpracować", aż stwierdzimy, że jest ok. Dla mnie to hit ostatnich dwóch tygodni, jest po prostu świetny pod każdym względem, a zapach..... Zapach jest przecudowny.... Jest to podkład bliski ideału, choć w międzyczasie teraz testuję Everlasting tej samej firmy i muszę przyznać, że też jest cacy (z pewnością za jakiś czas kupię pełnowymiarowe opakowanie Everlastinga). Polecam Wam wypróbować Extra Comfort, jest naprawdę tego warty.
Ciekawostka:
Wczoraj byłam przy stoisku Chanel i pani, z którą rozmawiałam była osobą, która robi profesjonalną analizę kolorystyczną. Kilka lat temu miałam robioną analizę kolorystyczną i wyszło, że jestem jesienią (WTF? Ja się w ogóle nie czuję w kolorach jesieni, a co więcej - ciągnie mnie do chłodnych kolorów, noszę srebro, a nie złoto i takie tam), ale ja miałam podejrzenia, że jednak jestem ani ciepła, ani zimna, że jestem neutralnym typem i nawet powiedziałabym - mimo ciepłej barwy oczu i ciepłych refleksów we włosach moja skóra idzie bardziej w chłód. Pani z Chanela powiedziała to samo, co podejrzewałam - jestem neutralna w stronę ciepłą. (Swoją drogą z określeniem tonacji mojej cery miały już problem panie w 4 Douglasach, w 2 Sephorach w Polsce i tutaj - w UD i w Lancome). I bądź tu człowieku mądry...

środa, 13 listopada 2013

Clinique Liquid Facial Soap Mild - cera mieszana w stronę suchej

Opowiem dzisiaj o żelu, który jest pierwszym krokiem z 3 kroków Clinique. Te z Was, które mnie czytają od jakiegoś czasu wiedzą, że nie polubiłam się z całym systemem 3 kroków i po używaniu ich wszystkich wysypało mnie na twarzy tak, jak jeszcze nigdy wcześniej. Doszłam jednak do wniosku, że największy wpływ na to miał 3 krok, czyli żółty krem i poniekąd drugi krok też, więc wyeliminowałam całkowicie krem, a tonik stosuję raz - dwa razy w tygodniu. Żel do mycia twarzy nie robił mi jakoś krzywdy, więc pozostałam przy używaniu go i już prawie jestem przy końcu opakowania.
Posiadam żel w wersji do skóry mieszanej w stronę suchej. Niestety uważam, że nie jest on tak delikatny, jak obiecuje producent. Według producenta ma delikatnie oczyszczać, nawilżać, orzeźwiać i przygotowywać skórę na złuszczające działanie kroku drugiego, czyli Clarifying Lotion. Czy to robi? No cóż... Skóra jest oczyszczona, ale odczuwam nieprzyjemne ściąganie po każdym myciu, więc chyba jednak nie do końca o to chodziło.
Sam żel jest umiejscowiony w przyjemnym dla oka opakowaniu, z wygodną w użyciu pompką, która się nie zacina, ani nie sprawia żadnych problemów. Przezroczystość opakowania również jest plusem, bo widzimy, ile go jeszcze zostało.
Konsystencja jest dość lejąca, trochę "ucieka" nam z ręki, ale nie aż tak mocno, żebyśmy nie zdążyły umyć naszej twarzy. Zapach- hmmm... Miało być bez zapachu, a jednak zapach jest i to obrzydliwy, nie potrafię go określić, ale nienawidzę go.
Żel nie podrażnia skóry, ale jak wspomniałam wcześniej ja odnoszę wrażenie, że moja buzia jest ściągnięta po użyciu i wręcz domaga się jakiegoś nawilżenia. Nie zauważyłam również, żeby stosowanie tego produktu poprawiło moją cerę.
Skład:
Podsumowując - dla mnie jest to po prostu zwyczajny żel do mycia twarzy, bez żadnych zbawiennych dla mej skóry właściwości, o obrzydliwym zapachu i dziwnie wysokiej (jak na zwyczajny żel) cenie. Nie kupię go na pewno ponownie, wolę kupić żel do mycia za mniejsze pieniądze, skoro ma tylko myć. Przynajmniej nie będzie śmierdział...
...Cóż, wychodzi na to, że to kolejny produkt z Clinique, który mi nie pasuje, na szczęście to już chyba przedostatnia rzecz, jaką mam z tej firmy i wtedy koniec z Clinique'm na zawsze.
Moja ocena: 3/10

niedziela, 10 listopada 2013

Clinique Blushing Blush Powder Blush

Co jakiś czas wracam do przedstawiania moich róży, więc dzisiaj nadszedł czas na Clinique.
Mam do tego różu jakiś sentyment, bo był moim pierwszym wyższopółkowym (jeśli Clinique to dla kogoś wyższa półka) kosmetykiem, jaki kupiłam w Anglii. Chociaż chyba mój sentyment nie jest na tyle duży, bo gdyby ktoś go zechciał ode mnie odkupić to zgodziłabym się bez wahania.... Dlaczego? Zaraz się dowiecie.
Kupiłam go pod wpływem wysokich ocen na Wizażu, wtedy jeszcze nie miałam do czynienia z marką Clinique i myślałam sobie, że to zapewne jest cud nad cudy. Poszłam do Bootsa i kupiłam ten "cud" w odcieniu 110 Precious Posy, który do mojej neutralnej, bardzo jasnej karnacji wydawał mi się idealny. Zależało mi właśnie na efekcie delikatnego podkreślenia, subtelnego rumieńca i tenże kolor nam taki efekt da.
Aleee... No właśnie. Tutaj pojawia się pytanie - dlaczego go nie lubię i od czasu zakupu prawie rok temu użyłam go może z 10 - 12 razy? Dlatego, że jakkolwiek bym nie próbowała go nałożyć, za każdym razem robi plamy na twarzy. Nie jestem laikiem w nakładaniu tego typu kosmetyków, dlatego to raczej moja wina nie jest, bo każdy mój pozostały róż nakłada się o wiele lepiej. On po prostu nie chce się dobrze blendować, nie chce współpracować z moją skórą. Czyli mogę nabrać go na pędzel, dotknąć, dosłownie musnąć tym pędzlem twarz, a wyjdzie z tego plama, którą trzeba rozcierać bardzo długo, żeby uzyskać jakiś sensowny efekt. Kolor, jak wspomniałam jest dopasowany i jak już się uporam z nakładaniem, to wygląda faktycznie jak słodki rumieniec, ale czemu to wszystko musi być okraszone taką męką?
Konsystencja jest miękka, satynowa, na dłoni swatch zrobiłam bez najmniejszego problemu (choć nałożyłam nieco więcej, wiadomo, żebyście mogły zobaczyć kolor). Nie zawiera drobinek. Opakowanie posiada pędzel, który rzecz jasna, jak większość tego typu pędzli według mnie nadaje się do kosza, ale przynajmniej wygląda ładnie. Kształt włosia niby bliski ideału, a jednak tego różu na twarz się nie da nim nałożyć (żeby nie było, że za każdym razem tak objeżdżam te dołączone pędzelki to wiedzcie, że mimo oporów i tak najpierw je testuję, a nuż kiedyś znajdzie się dołączony pędzel, który nie będzie gówniany? :D).
Nie jestem zadowolona z tego zakupu, zresztą większość z Was, które mnie czytają już wie, że nie lubię Clinique, ten róż potwierdza regułę, że te kosmetyki dla mnie nie są stworzone.
Moja ocena 4/10

sobota, 9 listopada 2013

Niespodziewajkowy prezent

Chciałam Wam dzisiaj przedstawić mojego nowego małego przyjaciela kosmetycznego, który jest ze mną od kilku dni:) Obiecałam sobie, że na razie nic kosmetycznego kupować nie będę, ale mój kochany TŻ sprawił mi niespodziankę i kupił dla mnie to cudeńko na naszą rocznicę:) Wprawdzie jest ona dopiero za kilka dni, ale zapytał mnie, czy prezent chcę dostać wcześniej, więc oczywiście chciałam:D I tak oto stałam się posiadaczką pędzelka do Meteorytków Guerlain:
Jestem wielce uradowana, bo sama bym go sobie nie kupiła uznając go za zbędny gadżet, ale dostać w prezencie? Czemu nie? :) Moje pierwsze wrażenia są bardzo pozytywne. Pędzelek jest dość miękki, ale też nie za miękki, gdyż został stworzony do kulek, więc włosie musi być nieco twardsze, żeby "zdrapywać" kuleczki, nie jest jednak tak twarde, żeby drapało nas po twarzy. Nie używałam go jeszcze, więc testy przede mną, ale już czuję, że się polubimy. Czy nie uważacie, że jest słodziutki?

środa, 6 listopada 2013

Listopadowy You Beauty Discovery Box

Dzisiaj dotarło do mnie listopadowe pudełeczko You Beauty Discovery Box. Ostatnio przyszło bardzo szybko, na to musiałam czekać aż 6 dni (płatności dokonałam w nocy z 31 na 1 listopada, także długo szło), ale w końcu je mam i prezentuje się tak:
Tym razem na liście produktów nie znalazło się nic, czego bardzo bym pragnęła, więc wzięłam sobie rzeczy, które po prostu wydały mi się najbardziej dla mnie odpowiednie:
- Neo Stem - serum opóźniające proces starzenia skóry 30ml (pełnowymiarowe), cena regularna to 59 GBP (np. tu)
- Murad Osmolyte Tonic - odświeżająca i nawilżająca mgiełka do twarzy, cena regularna 9,95 GBP (dostępna tu)
- płatki Granola 40g (to dla TŻ, bo ja nie lubię takich zdrowych rzeczy:D)
- Buriti Fruit Body Smoothie - masełko do ciała, saszetka 6ml
Można powiedzieć, że dostałam produkty warte ponad 70funtów za jedyne 6,95GBP za całość (łącznie z wysyłką) :) Bardzo jestem ciekawa tego serum i toniku:)
Jeśli jesteście mieszkankami/ mieszkańcami UK i macie ochotę zasubskrybować to pudełko, to odsyłam Was na stronkę:
www.youbeautydiscovery.co.uk

wtorek, 5 listopada 2013

Makijaż na dziś

Z okazji dnia wolnego miałam dziś trochę więcej czasu, aby pomalować się porządnie, a nie na szybko, jak wtedy, gdy się spieszę do pracy. Osobiście jestem wielbicielką makijażu w miarę naturalnego, stonowanego i delikatnego. Rzęsy jednak muszą być mega podkreślone. Taki oto makijaż zafundowałam sobie dzisiaj:
Produkty, jakich użyłam do zrobienia makijażu:
- baza wygładzająco - rozświetlająca Dax
- podkład Everlasting Clarins nr 103
- puder Dior Forever
- baza pod cienie ArtDeco
- cień w.o.s z paletki Naked Basics
- cienie z paletki Benefit Cabana Glama
- czarny cień Inglot nr 63
- brwi - cień "faint" z paletki Naked Basics
- tusz Masterpiece Max
- bronzer Elizabeth Arden Pure Finish Soft
- róż - różowe i srebrne kuleczki z opakowania Meteorytów Perles Du Paradis (ostatnio oddzieliłam je od siebie)
- rozświetlacz Smashbox
- pomadka Chanel Rouge Coco Shine 57 Aventure
Przypadł Wam do gustu?

niedziela, 3 listopada 2013

Avon Advance Techniques - serum na zniszczone końcówki włosów

Przychodzę dziś z recenzją produktu, który być może niejedna z Was już zna, albo słyszała o nim. Będzie o serum do zniszczonych końcówek z Avonu.
To już jest moje drugie opakowanie tego produktu, pierwsze miałam jeszcze w Polsce - dawno temu, a kolejne zamówiłam już w Anglii. Otóż co to serum ma robić? Według producenta jest to lekki preparat do zniszczonych końcówek włosów z technologią Multi-Shine o wygładzającym, odżywiającym i nabłyszczającym działaniu. Odpowiedni do wszystkich rodzajów włosów. Sposób użycia: Wmasuj kilka kropli w końce mokrych lub suchych włosów, nie spłukuj.
Powiem Wam od razu, że ja go nie używam tylko na końcówki, ja biorę 2-3 krople, rozcieram w dłoniach i nakładam ten preparat na całe włosy od linii karku aż po końcówki i oczywiście wmasowuję. Używam go tylko po umyciu włosów, czyli codziennie (podczas urlopów) i co drugi dzień (jak pracuję). Nie radzę oczywiście nakładać serum na sam czubek głowy, bo nasze włosy będą wyglądały jak tłuste i mimo tego, że dopiero co były myte trzeba je będzie umyć ponownie (sprawdziłam). Dlaczego ja używam go w ten sposób, w jaki go używam? Ano dlatego, że niesamowicie ułatwia mi to rozczesywanie włosów.
Samo serum ma konsystencję wodnistą, taką olejkową powiedziałabym, a do tego pachnie przecudownie. Zapach jednak tylko delikatnie utrzymuje się na włosach.
Ale co do jego działania to nie ma się co oszukiwać, że to serum poprawi na stałe kondycję naszych końcówek. On robi to tylko wizualnie, wygładza i nabłyszcza na chwilę, czyli jak umyjemy głowę, to efekt rozdwojenia, czy innych "baboli" znowu będzie widoczny. Ja już teraz nie mam rozdwojonych końcówek, bo od kilku lat nie farbuję włosów i wróciły one do stanu normalności, ale dzięki temu preparatowi wcześniej (kiedy jeszcze je farbowałam) naprawdę wyglądały lepiej. Teraz służy mi on wyłącznie jako pomoc do rozczesywania. Jestem z niego jednak bardzo zadowolona i z pewnością kupię ponownie, jak już wytestuję L'Orealowy olejek, który czeka w kolejce.
Miałyście ten produkt, albo podobne?
Moja ocena 8/10
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...