wtorek, 7 stycznia 2020

Roczne zużycia makijażowe i dlaczego postanowiłam uszczuplić nieco swoją kolekcję (post tasiemiec)

Zapewne niektórzy z Was wiedzą, że od dłuższego czasu staram się zredukować nieco ilość kosmetyków kolorowych, którą posiadam. Pewnego dnia stwierdziłam, że mam po prostu wszystkiego za dużo i nie, że ilość mi przeszkadza, ale fakt, że mam tylko jedną twarz i posiadanie zbyt wielu kosmetyków kolorowych w jednej kategorii sprawia, że po prostu nie starcza mi czasu, żeby się wszystkim nacieszyć, dobrze się tym pobawić, zużyć. Postanowiłam więc już pod koniec 2017 roku, że będę poważniej myśleć nad swoimi zakupami i nie wydawać kasy na kolorówkowe głupoty (chociaż i tak trochę głupot nakupowałam), jednak 2018 i 2019 rok kręciły się głównie wokół zużywania aniżeli kupowania nowości. Przez te dwa ostatnie lata skupiłam się też głównie na tym, żeby każdy zakup kosmetyku kolorowego, który jednak zdecyduję się popełnić był zakupem przemyślanym (niekoniecznie potrzebnym), ale dla przykładu żebym nie kupowała cieni w kremie, skoro wiem, że nie lubię takiej formuły. Powzięłam też poważne kroki nad zliczeniem swojej kolekcji i pozbyciem się tego, co nie chciałam, żeby w niej zostało (część sprzedałam, część oddałam). Wszystko jednak, co zostało sprawia mi radość i chciałabym to zużyć, a nie się pozbywać. Chociaż przyznaję szczerze, że jest tego ogrom. I jeszcze ogrom rzeczy, które chciałabym przetestować. Jednak działam teraz zgodnie z zasadą, że żeby kupić 1 kosmetyk z danej kategorii muszę zużyć z niej 2 inne, które już mam, wtedy bilans wciąż wychodzi na minus, aż dojdę do ilości, która w danej kategorii mnie satysfakcjonuje. Ta zasada nie obowiązuje pomadek i błyszczyków, bo w tej kategorii mam bana zakupowego na co najmniej 3 kolejne lata. A gwoli wyjaśnienia, co będziemy robić dzisiaj, to już wyjaśniam - z racji powyższych argumentów pod koniec 2018 roku postanowiłam, że w 2019 będę zbierać każdy zużyty przeze mnie kosmetyk kolorowy i kiedy rok się skończy to zobaczę, ile faktycznie ja tego zużywam. Na pierwszym zdjęciu możecie zobaczyć, że jest tego dużo. I uprzedzając pytania - tak, kitrałam sobie te puste opakowania przez cały rok w jedyn pudełku, żeby Wam tu wszystko ładnie pokazać :D Uwzględniłam tylko kolorówkę, gdyż pielęgnacja twarzy i ciała nie jest dla mnie tak problematyczną sferą, jak mejkap i schodzi mi zdecydowanie szybciej. To właśnie makijaż jest tym, z czym większość nas, kosmetykoholiczek ma problem. Ten wstęp już był strasznie długi, także zapraszam na przegląd:
Zużyłam 5 podkładów:
* Lancome Teint Miracle, który bardzo lubiłam, bo był pięknie świetlisty i miał niewielkie krycie a przy tym dobrą trwałość. Niestety producent postanowił zmienić formułę, nie testowałam jej, ale słyszałam, że to już nie jest to samo.
* UD Naked Skin - też max średnie krycie, dobra trwałość, ładny kolor. Nie wiem jednak, czy on czasem nie został wycofany... 
* Givenchy Photo Perfexion - bardzo go lubiłam, chociaż miał mniejszą pojemność niż standardowe podkłady i dziwny zapach (ale wszystkie podkłady Givenchy taki mają), tutaj też niewielkie krycie i dobra trwałość. Ten też wycofany.
* Skin79 BB Orange - kupiłam minisa bo jakoś tak zatęskniłam, zużyłam, ale nie wiem, coś mi już w nim nie pasowało, czyżby ktoś namieszał w formule? Kolor wciąż bardzo ładny, jasny beżyk z odrobinką żółtych tonów, chociaż wydaje mi się, że on jest jednak lekko dla mnie za ciemny i ja to to widzę w ciągu dnia (inni pewnie nie, ale ja mam na tym punkcie hopla), krycie dobre, aż nawet jak dla mnie za dobre. Natomiast tak jak wcześniej byłam zadowolona z niego (miałam 2 razy pełen wymiar i raz wcześniej małą wersję), tak teraz nie wiem, czy znowu kupię. Po kilku godzinach wygląda na buzi nieświeżo.
* Skin79 BB Pink - ten jeszcze nie doczekał się recenzji, ale jak odkupię (a odkupię), to napiszę. Wzięłam małą wersję głównie ze względu na to, że byłam przekonana, że on jest różowawy w odcieniu. Nic bardziej mylnego. Jest owszem jasny, beżowy, ma odrobinkę żółtości w sobie ale powiedziałabym, że jest neutralny, dla kogoś z bardzo ciepłą karnacją się nie sprawdzi, dla neutralnej w stronę ciepłej jak najbardziej. Ponadto mniejsze (czyli dla mnie lepiej) krycie, niż wersja Orange i ładniej i świeżej wygląda na twarzy w ciągu dnia. Spodobał mi się :)
Zużyłam 7 tuszów do rzęs:
* Lovely Curling Pump Up - tanio i dobrze, znaczy nie aż tak dobrze, bo tusz nie robi, co bym chciała, żeby robił, to znaczy nie pogrubia za mocno (ale cośtam pogrubia), natomiast ładnie wydłuża rzęsy, trzyma skręt zalotki, nie kruszy się i nie niknie w ciągu dnia, więc dla mnie jest ok i pewnie jeszcze go odkupię, chociaż uprzedzam, on nie daje spektakularnych efektów, ale można z nim 'popracować' i wtedy bardzo ładnie wygląda.
* Lancome Hypnose Volume a Porter - jak już Agata kiedyś wspomniała - miniatury tuszów do rzęs nijak się mają do pełnego wymiaru i więcej tego tuszu nie kupię. Minis robił na mych rzęsach czary dosłownie, duża wersja była mniej niż meh, słabo pogrubiała, tylko wydłużała, niezbyt trzymała skręt zalotki, taki efekt dzienny nawet jak się mocno napracowałam. Nie lubiłam go, ale minisa Volume a porter wielbię (miałam 3 mini i wszystkie były super), także tak, Agato, zgadzam się w 100%, że pełen wymiar minisowi nierówny.
* Maybelline Lash Sensational - ale tylko wersja Intense. Mogę powiedzieć, że ten tusz to moje odkrycie zeszłego roku, miałam wersję normalną, ale ona nie jest tak dobra, jak Intense. Ta natomiast pięknie rozdziela, pogrubia i idealnie pokrywa tuszem rzęsy, do tego to się trzyma cały dzień, żadnego osypu ani kruszenia, a do tego za spoko cenę, jestem bardzo na tak.
* Eveline Extension Volume - jak pisałam w denku grudnia ten tusz to taki dziwak, wydaje mi się, że najlepiej działa po jakimś czasie od otwarcia i dopiero wtedy widać jego prawdziwy potencjał. Nie odbija się, nie kruszy, można nim (po czasie) zrobić naprawdę ładny wachlarz z rzęs. A do tego starcza na dość długo (niecałe 3 miesiące używania to wg mnie świetny wynik).
Zużyły mi się 3 korektory:
* Nars Radiant Creamy concealer - wciąż bardzo lubię, świetnie kryje, ładny kolor (chociaż mógłby być lepszy, znaczy nieco cieplejszy odcień), trzyma się cały dzień i nie podkreśla zmarchów pod oczami, do tego ładnie zakrywa niedoskonałości.
* Mac Prep + Prime Light - ten korektor na początku nie przypadł mi do gustu, ale przekonałam się do niego po czasie, ma ładny, jasnobeżowy odcień z domieszką żółci, lekkie krycie i nie zastyga, pod oko jak znalazł, bo ładnie rozświetla. Nie polecam jednak dla właścicielek wielkich sińców, bo on naprawdę niewiele kryje. Starcza na jakieś 10 miesięcy codziennego używania (ale nie od dziś mi wiadomo, że kosmy Maca są szalenie wydajne).
* Revolution Conceal & Define - niestety nie polubiłam tego produktu, miał spoko krycie i pod oko fajnie, na buzię też fajnie, niestety problem jest z jego trwałością i z tym, że on się nieestetycznie odznaczał na twarzy i pod oczami mimo tego, że miałam dobry kolor. Również mocne zastyganie mi przeszkadzało. Zostało w opakowaniu może 10% produktu, ale już miałam dość go używać, bo są o wiele lepsze korektory na rynku.
 * Mac Fix + Coconut - bardzo lubię mgiełkę Maca, wersję kososową kupiłam sobie dla odmiany, niestety słabo pachnie kokosem, prawie wcale tego nie było czuć, natomiast właściwości produktu są takie, jak zawsze, czyli odświeżenie i scalenie makijażu, cera wygląda bardziej świetliście i promiennie. Nie oczekuję przedłużenia trwałości makijażu, bo producent tego nie obiecuje, ale scalenie i odświeżenie mejkapu jest, więc dokładnie to, co od tego produktu wymagam.
* NYX Dewy Finish - mgiełka, która miała robić to samo, co Fix +, a dodatkowo sprawiać, że makijaż będzie wyglądał świetliście, pierwszą część obietnic spełniła, niestety po spryskaniu małej ilości świetlistości nie było (ale odświeżenie i scalenie mejkapu tak), po spryskaniu większej ilości tworzył mi się efekt plastikowej skóry, czyli za dużo produktu, także jestem na tak, ale trzeba uważnie, tylko gdzie ta obiecana świetlistość?
2 produkty do brwi idą do śmietnika:
* Benefit Gimme Brow odcień 3 - mini wersja. Niby fajny produkt, ale jednak nie do końca dla mnie. Kolor 3 był dla mnie ok, natomiast musiałam i tak używać czegoś do wypełnienia brwi, bo ten produkt sam w sobie by nie uzupełnił moich brwiowych braków. Ale z drugiej strony jak już mam wypełnić brwi czymś innym, to po co mi koloryzujący żel, skoro mogę użyć bezbarwny albo nic? Niby jestem na tak, bo to dobrze utrwala, ale nie wiem, bo samodzielnie to się u mnie nie spisuje.
* AA Wings Brow Designer - miałam tą wersję najbardziej popielatą, to cieniowe zużyłam jako cień do powiek i pod łuk brwiowy, drugi produkt zużyłam do wypełniania jakichś luk w brwiach. Uważam, że rozwiązanie tego produktu jest głupie, bo mamy puder który się sypie zaraz obok dość klejącej pomady, czyli co z tego wynika? Że cały osyp z pudru mamy w pomadzie, także jak dla mnie pas.
3 róże idą w siną dal (Macowy na back to Mac of kors :D):
* Dior Rosy Glow - róż, który już raz zużyłam i odkupiłam, chyba musiałam mieć jakąś pomroczność jasną. To jest druga sztuka, której już miałam niewiele do zużycia, więc pomyślałam, że chociaż nie lubię, to go wykończę. Dlaczego już nie lubię skoro wcześniej się zachwycałam? Otóż dlatego, że zauważyłam, że jednak ten kolor był dla mnie za chłodny, niby miał się dopasowywać do ph skóry, a gówno prawda, trochę się tylko dopasowywał, a wciąż wyglądał jak barbiowy. Po kilku godzinach jednak prezentował się lepiej, niż zaraz po nałożeniu (mimo tego, że nakładałam mało). Ogólnie wydajność i jakość produktu bardzo na plus, osoby z chłodną karnacją bedą zachwycone, natomiast ja się sobie podobam bardziej jednak w nieco cieplejszych odcieniach róży i do tego na pewno nie wrócę.
* MAC Fleur Power - mój pierwszy Macowy róż (tak, wiem, że był leciwy, dlatego zużyłam:D), który kupiłam online nie mając dostępu do sklepu Maca i nie mogąc go macnąć. Kolor taki, jak lubię, czyli ciepły róż i pod względem koloru był super, ale miał tak ogromną pigmentację, że nawet ja, weteranka róży sobie potrafiłam nim zrobić plamy. Jeśli planujecie go kiedyś kupić, a jesteście bardzo blade, to pamiętajcie o tym. Pod względem jakości, wytrzymałości i trwałości wszystko super, tylko ja wolę róże łatwiejsze w obsłudze.
* L'Oreal Le Blush 120 Sandalwood Pink - szkoda, że nigdy nie o nim nie napisałam, bo ten róż, moi Drodzy, to jest jeden z najlepszych róży pod względem koloru i stopnia pigmentacji, jakie w życiu miałam, kolor jest ciepłoróżowy of kors, czyli tak, jak lubię, pigment jest wyważony, nie można sobie zrobić krzywdy, wyglądał na mojej bladej facjacie cudnie i trzymał się cały dzień. Cena też nie powala na kolana (w PL powala, ale od czego są promki Rossmanna:D), teraz te róże są chyba w kwadratowym opakowaniu i nie wiem, czy wciąż są takie dobre jak ten, co ja miałam, ale ten był mega.
Rozświetlacze zużyły się 4:
* Chanel Camelia De Plumes - na początku był zachwyt, piękny wzorek, piękne opakowanie i wszystko piękne. I chyba też przez tą piękność przymykałam oko na odcień tego rozświetlacza, który owszem, pasował mi, chociaż miał wyraźny srebrzysty blask, a ja jednak wolę rozświetlacze o takiej bardziej szampańskiej/neutralnej beżowej kolorystyce. Wszystko w nim był cudne, tylko ten odcień mógłby być jednak ciut bardziej ciepły. Zużywałam jako rozświetlacz i jako cień. Jakość bardzo dobra i wydajność nieziemska, ale właśnie ten kolor nie bardzo.
* Mac Mineralize Skinfinish Lightscapade - tak samo bylo z tym rozświetlaczem, kiedyś kochałam za efekt, chociaż nie nazwałabym go do końca rozświetlaczem, on jest czymś bardziej na kształt pudrów z Hourglass, daje takie świetliste wykończenie ale nie jest świecący i nie tworzy tafli, używałam go sobie jako puder i jako rozświetlacz, pewnie bym odkupiła, gdyby nie fakt, że mam bardzo dużo produktow w tej kategorii i jako rozświetlacz lepiej mi się spisuje Soft& Gentle i Double Gleam z tej marki.
* Lovely Gold - nie doczekał się osobnego wpisu, ale wspomniałam o nim w grudniowym denku, bo właśnie w grudniu mi się skończył. Spoko kolor, chociaż ciut za ciepły, ale wciąż wygląda na mnie ok, piękna tafla, tylko opakowanie woła o pomstę do nieba bo się rozwaliło po kilku dniach używania mimo tego, że leżało tylko na toaletce. Trwałość na twarzy też nie jest jakas super hiper, jednak kilka godzin się trzyma. Ale generalnie za te 10 złotych plasuje sie wysoko :)
* L'Oreal Glow Mon Amour w odcieniu Champagne - naprawdę fajny produkt, nie spodziewałam się, że tak go polubię. Używałam pod podkład, na podkład, mieszając z podkładem, w każdym wydaniu spisywał się dobrze i dawał skórze ten extra glow, na którym zawsze mi zależy, starczył chyba na pół roku codziennego używania. Rozważę kiedyś ponowny zakup (teraz mam za dużo rozświetlaczy).
Puderek tylko jeden:
* Hourglass Ambient Powder Diffused Light - kocham i wielbię. Daje cudowny efekt na twarzy, skóra wygląda promiennie, świeżo, makijaż jest dobrze utrwalony. Ten puder zmiękcza rysy, robi coś takiego ze skórą, że się wygląda lepiej. Jak mi się zużył (chyba jeszcze w lutym) to od razu chciałam go odkupić i niebawem to zrobiłam. Dla mnie must have zaraz obok Narsowego Light Reflecting.
 2 sztuki eyelinerów lecą do kosza:
* Maybelline Lasting Drama Gel Eyeliner - niezły, ale nie jest moim hitem, podobny w działaniu do Macowego żelowego linera, jednak Macowy jest trwalszy, szczególnie na linii wodnej, generalnie jednak cena tego jest spoko i prócz tej linii wodnej to trzyma się w nienaruszonym stanie cały dzień.
* Eveline Precise Brush Liner - powiem tak: lubię za trwałość i za łatwość stosowania (mimo tego, że mam co najmniej 15 letnie doświadczenie w aplikacji ajlajnera), ALE nie lubię za to, że on nie jest matowy, tylko błyszczący na powiece. Kupiłam go teraz drugi raz i używałam kilka razy i widzę, że znowu właśnie ta jego cecha mi przeszkadza. Nie wiem, czy kupię ponownie, jeśli zrobią go matowym, to tak, jeśli nie, to chyba skończy się na tej sztuce, którą teraz mam.
Balsamy do ust sztuk trzy:
* Mac Lip Conditioner - kupuję dość często, jedna tubka starcza mi na około 10 miesięcy używania każdego wieczoru (bo balsam nakładam tylko wieczorem jak idę spać i rano jak robię makijaż, ale mam inny na rano i na wieczór). Fajne właściwości nawilżające, tubka sprawia, że można wydobyć produkt do samego końca, bardzo lubię i mam kolejne opakowanie.
* Maybelline Baby Lips - fajny balsam koloryzujący do ust, kolor mi się podobał, bo sprawiał, że usta były soczyste, a właściwości pielęgnujące też na dobrym poziomie, odkupiłabym, ale nie ma nigdzie u mnie.
* Bebe pomadka ochronna różana - kupuję na zmianę z niebieską klasyczną, super zapach i smak, znakomite właściwości nawilżające dla moich ust, mam chyba ze 4 w zapasie :D
3 błyszczyki:
* L'Oreal Tinted Lip Oil odcień Pompon Pink- to właściwie był koloryzujący olejek, nie polubiłam się z taką formułą, chociaż ten miał ładny zapach i fajnie wyglądał na ustach, ale jednak mam wrażenie, że olejki mi wypływają poza kontur warg i to mnie wkurza. Właściwości nawilżające na średnim poziomie.
* Mac Lipglass z kolekcji Taraji Henson - wściekły róż z drobinkami, na ustach wyglądał szałowo, ale znowu ta sama śpiewka, co z olejkiem, wyjeżdżał mi poza kontur, a jak nałożyłam mało, to blask nie był taki, jaki chciałam. I generalnie błyszczyki Maca strasznie się kleją, nie sądzę, żebym miała jeszcze jakiś kupić. Zużycie go zajęło mi chyba z 3 tygodnie tylko, także wydajność też leży.
* Nyx Butter Gloss Strawberry Parfait - wycofany odcień, który był pięknym delikatnym różem, cudnie wyglądał i cudnie pachniał, tylko co z tego, skoro znowuż - wyjeżdżanie poza usta. Miałam też wrażenie, że jak nałożyłam go mniej, to tak jakby go wcale nie było, a właśnie jak więcej, to wyjeżdżanie. Nie odkupię.
Najbardziej problematyczna kategoria, czyli pomadki. Zużyło mi się 10 sztuk, z czego jestem dumna jak paw:
* Mac Pink Pearl Pop - bardzo lubiłam, wiosenny ładny odcień, niestety wycofany
* Nyx Soft Matte Lip Cream Milan - kolor cudny, ale nie lubię matowych pomadek, ta była wyjątkowo nietrwała i tworzyła na ustach po 2 godzinach rodzynę
* Dior Lip Glow 005 Lilac - limitowany odcień, kochałam go tak bardzo, że wydłubałam sobie resztę i zużyłam, a normalnie tego nie robię, jak poziom pomadki dojdzie do miejsca, w którym już jej nie można aplikować na usta dla mnie pomadka jest skończona. Tutaj wydłubałam wszyściutko do końca. Kocham Lip Glowy z Diora, uwielbiam za kolory na moich ustach, za zapach, smak, wykończenie i właściwości nawilżające. Miłość na wieki. To była moja 3 sztuka.
* Chanel Rouge Coco - nie pamiętam odcienia, ale ładny był, pewnie już wycofany, bo miałam ją długo.
* Chanel Rouge Allure 18 Seduction - zużyłam jedną i odkupiłam i nie wiem, co się stało z formułą, bo ta druga wersja też mi wyjeżdżała poza kontur ust, a z pierwszą tak się nie działo. Kolor cudny, róż z czerwienią. Seria wycofana.
* Chanel Romance 55 - też miałam, zużyłam i odkupiłam. Lubię te pomadki za wykończenie i kolory, ale od kiedy Chanel bardzo podrożał to jakoś nie chce mi się tyle płacić za pomadkę, która na ustach zachowuje się jak błyszczyk. Generalnie jestem na tak, ale nie za tą cenę.
* Estee Lauder Pink Dragon - pomadki Estee mają dziwne zapachy i to mi nie pasuje, nie że moja sztuka była zepsuta, bo wąchałam je na stoisku, ale po prostu one tak dziwnie pachną, nie chce mi się tego nakładać, ta miała ładny kolor, ale nie była wcale świetlista, jak producent obiecywał (niby szajn) i była zbyt mocno kryjąca jak dla mnie, nie lubię.
* Estee Lauder Powerful - ta z kolei miała cudny kolor, ale też zapach do dupy, dla koloru bym kupiła, ale nie mam zamiaru kupować czegoś, co tak dziwnie pachnie.
* Shiseido - nie pamiętam koloru, generalnie słaba pomadka, słaba seria, miałam wrażenie, że ona tak tylko siedziała na ustach, zbyt gęsta konsystencja, ogólnie byłam na nie.
* Guerlain Bianca B21 - zużyłam i odkupiłam, bo tak kochałam ten kolor i tą formułę. Formułę wciąż kocham, natomiast kolor mniej i chyba już jest dawno wycofany. Jednak nie lubię tych opakowań Guerlain, wolałabym, żeby ta seria miała normalne opakowania, bo te ciężkie trumienki są strasznie upierdliwe.
Cieni zużyłam 18:
* Mała paletka z Diora (5 cieni wewnątrz) - fajna, ale wciąż nie ta jakość, jakiej bym oczekiwała.
* Podłużne cienie są z palety Naked Urban Decay, uwielbiałam ją i żałuję, że UD ją wycofało.
* randomowe cienie z Inglota i z Zoevy (nie polubiłam jakoś szczególnie)
* Stila Magnificent Metals w odcieniu Rose Gold Retro - piękny był, ogólnie te cienie są cudne i pięknie wyglądają na powiekach.
 2 kredki do ust:
* Golden Rose Dream Lips 521 - uwielbiam i tyle, mam 3 w zapasie, ten kolor pasuje do każdej mojej pomadki niemalże.
* Inglot 74 konturówka - też pasujący do wszystkiego odcień, tylko bardziej tępa i mniej trwała niż GR.
Tutaj jest kategoria 'Inne', której oficjalnie nie zaliczam do zużyć mejkapowych, ale też zbierałam:
* Nyx Mixer biały - wiadomo, do czego służy, póki co lepszego nie znalazłam, ale wcześniej używałam ten poniżej, czyli:
* Revolution The One foundation który służył mi do tego, co Nyxowy mixer, tylko był bardzej rzadki i opakowanie bardziej problematyczne
* Inglot Duraline - niezastąpiony w robieniu wodoodpornych kresek cieniem, w dolewaniu do tuszu do rzęs jak gęstnieje i innych niecnych wyczynów :D
* klej Duo niebieski - do klejenia moich rzęsek metodą 1:1 tak jak wcześniej pisałam.
* Revolution Ultra Cream Contour Palette - też jest w kategorii inne, bo zachowałam, ale zużyłam tylko połowę. Nie lubię kremowego konturowania, znacznie łatwiej robi mi się to pudrowymi kosmetykami, do tego paletka dość szybko zaczęła dziwnie pachnieć. Przyznaję jednak, że jej jakość jest dobra jak na drogeryjną markę.

Uff! Czy ktoś dotrwał do końca? Wiedziałam, że ten post będzie mega długi, ale nie chciałam go dzielić na części. Mam nadzieję, że się Wam podobało to roczne podsumowanie. Razem zużyłam 65 kosmetyków kolorowych, co uważam za wyśmienity rezultat, ale w 2020 postaram się bardziej. I postaram się, żeby chociaż jeden bronzer był, bo w 2019 żaden mi się nie zużył.

A jak tam u Was? Też macie wielkie zbiory kosmetyczne i staracie się trochę zużyć? Czy może na bieżąco wyrzucacie rzeczy? A może macie tylko tyle, ile Wam potrzeba? Czy też robicie takie podsumowania ile zużywacie?




21 komentarzy:

  1. Ja też uważam, że miniatury tuszów nie mają przełożenia na to, co robi pełny wymiar.
    Za przykład niech posłuży Collistar, Infinito: wersja mini idealnie rozdzielała i pogrubiała, a rzęsy były lekkie jak piórko, natomiast pełny wymiar jedyne, co robił, to sklejał rzęsy i sprawiał, że były twarde jak druty i ciężkie, przez co czuło się dyskomfort przez cały dzień.

    Szkoda, że Mac wycofał tyle ładnych kolorów pomadek. Tym nowym jeszcze się nie przyjrzałam, więc jeszcze nie przesądzam, czy było to dobre posunięcie ze strony marki czy złe;).

    A odnośnie tematu wpisu, ja kilka miesięcy temu przygotowałam specjalne opakowanie, do którego wkładam kilka kosmetyków kolorowych do zużycia w ciągu np. najbliższych tygodni ze względu na termin przydatności. Ogólnie nie mam problemu z nadmiarem kosmetyków, bo co 2 miesiące każdą ,,nadwyżkę", której nie chcę już używać wysyłam siostrze;). Zdarza się, że jest to całkiem przyzwoitych rozmiarów pudełko;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawie bym zapomniała;). Zapach mojej pomadki z Estee Lauder był prawie taki sam jak tych Mac, czyli nic innego jak wanilia, ale po ponad roku rzeczywiście zmienił się w coś, czego nie mogłam przejść i wylądowała w koszu. Wychodzi na to, że trzeba je szybo zużywać;).

      Usuń
    2. Niestety z tymi tuszami już kilkukrotnie się przejechałam, bo pełen wymiar nie był taki sam, jak miniatura. Ale generalnie jeśli kupuję tańszy tusz to i tak nie spodziewam sie cudów, no i do tych drogeryjnych raczej minisów nie ma :D Ale wiesz jeśli dostaję minisa drogiego tuszu, to jednak spodziewałabym się, że jakość będzie taka sama, jak w pełnowymiarowym.
      Mac wycofał bardzo dużo ładnych kolorów, właśnie staram się wykończyć Sunny Seoul, bardzo mi się podoba, a na stronie już też niedostępna. Na szczęście zostawili moją ulubioną Lovelorn, bo tą muszę mieć zawsze :D A inne kolory to poszukam sobie później :)
      Widzisz u mnie jest problem taki, że moja Siostra nie jest zainteresowana szczególnie makijażem, więc czasem jej coś tam dam, ale ona tego nie używa, mogę dać Mamie, ale Mama też ma milion sto kosmetyków i też bawi się w zużywanie a nie w kupowanie, więc jej nie dołożę kolejnych :D
      Ja zazwyczaj robię tak, że wybieram sobie produkt, który będzie skupiał moją główną uwagę - z każdej kategorii, max 2 sztuki. I potem je męczę i męczę aż zużyję :) Chyba, że nie lubię produktu, ale to zazwyczaj jestem w stanie stwierdzić po 2 tygodniach używania i wtedy się pozbywam, natomiast ta kolekcja, którą mam teraz, mimo tego, że jest wciąż duża, to już jest wszystko, co przetrwało wywalanie i tych kosmetyków nie chcę się pozbywać, bo po prostu je lubię. Chcę zużyć. Ale w tym roku idę w #lowbuy, więc nowości będzie jak na lekarstwo, skupiam się bardziej na zużywaniu i moim progresie z tym związanym. Zastanawiam się tylko, jak ja to będę robić z blogiem, bo jednak skoro nie będzie nowości, to nie będę miała o czym za bardzo pisać. A też nie dostaję kosmów od nikogo do testowania, więc ciężko będzie. Ale może po prostu będę opisywać mój progres w zmniejszaniu zapasów, albo posty będą pojawiały się rzadziej, nie wiem :D

      Co do pomadki, moja miała pewnie z rok, ale wiesz, spodziewałabym się, że jeszcze po takim czasie produkt za tyle kasy będzie pachniał dobrze...

      Usuń
    3. Tak powinno być. Niestety kila razy wyrzuciłam przez takie praktyki pieniądze w błoto (bo tu nie chodzi jedynie o sprawy techniczne typu mniejsza szczoteczka, która inaczej operuje na rzęsach, tylko na 100% był inny skład tuszu).

      O ile nie wpadnie mi w oko inny różowy odcień, to może nawet jutro mój zbiór pomadek powiększy się o Lovelorn właśnie;).

      Myślę, że to dobry pomysł, by opisywać na blogu progres w zmniejszaniu zapasów:).

      Też mnie to zdziwiło, dlatego w razie, gdybym kupiła ją ponownie, będę miała w głowie wewnętrznego poganiacza, który będzie mi przypominał, że mam tylko rok na jej zużycie;).

      Usuń
    4. PS. Lovelorn jest już u mnie;).

      Usuń
    5. Ja tak samo wywaliłam kasę, przejechałam się na tuszach głównie Lancome, miałam minisa, a potem kupiłam pełen wymiar i jakbym miała zupełnie inny produkt. I rozumiem rozmiar szczoteczki może się różnić nieznacznie (chociaż przeważnie to jest ta sama, albo powinna być), ale nie jakość samego produktu. Teraz mam minisa Chanela, jeju jakie to jest gówno, że świat takiego nie widział. Pogrubia, owszem, ale ja pierdziele, zero wydłużenia, sklejenie, tusz jest suchy od otwarcia (a był zapakowany w takie hermetyczne opakowanie które trzeba rozerwać zanim się go wyjmie), strasznie się tym maluje, do tego szczotka nabiera za dużo, a dodatkowo jeszcze sam produkt tak wyłazi z opakowania (to samo mam z tuszami Max Factor)i mam upieprzone nie tylko ręce, ale też wszystko wokół. Męczę się z nim, ale nie chcę wyrzucić po 5 użyciach, chociaż szczerze to nie sądzę, żeby coś miało się zmienić na lepsze... Podenerwuje się z nim jeszcze trochę i wywalę.

      Gratujacje z powodu Lovelorn - jedna z moich ukochanych pomadek Mac :) Pamiętam jak laski mówiły zawsze, że Angel każdemu pasuje, bo jest uniwersalna, bo jest jasna i lekko różowa i taka na codzień. Gówno prawda, ja w Angel wyglądałam jak idiotka, dla mnie właśnie Lovelorn to jest dobry nudziak/delikatny róż :)
      A jeśli chodzi o pomadki generalnie to mam bana w tym roku i nie mogę kupić żadnej. Mam już 18 opakowań na back to mac czyli mogłabym wziąć 3 sztuki, ale nie chcę, bo nie nadążam zużywać i boję się, że mi się coś przeterminuje i będę musiała wywalić, więc nie chcę sobie do tego 'problemu' jeszcze dołożyć 3 kolejnych. Dobrze, że ta akcja jest stała :D

      A co do postów na blogu to nie wiem, jakoś nie mam weny. Miałam wielki plan wrócić do blogowania, ale nie mam za bardzo o czym pisać, bo mam kilka nowości, ale chciałam coś zużyć, coś dokończyć i skupiam się na tym dokańczaniu żeby było mniej, a nowości używam mało. Kupuję też bardzo mało, w styczniu nie kupiłam nic. Dopiero co tu wróciłam, a już mam kryzys twórczy i przypomniało mi się, dlaczego przestałam pisać wcześniej - bo zajmuje mi to ogromną ilość mojego wolnego czasu, a ten blog nie jest za bardzo poczytny. Niestety też nie mam czasu włożyć w niego więcej, ale też nie wiem, czy miałoby to sens, wydaje mi się, że już nikt blogów nie czyta, a raczej nieliczne jednostki. Nie wiem po prostu, czy w ogóle jest sens pisać, skoro teraz jest era YT i Stories na Insta, a nie blogów. Kiedyś to było popularne, kiedyś ludzie czytali i zostawiali komentarze, była jakaś interakcja, a teraz jak poświęcam kilka godzin na posta a potem widzę, że nikogo to za bardzo nie interesuje, to mam poczucie zmarnowanego czasu. Zastanawiam się, czy jednak nie zakończyć blogowania na dobre.

      Usuń
    6. Też miałam miniaturę tuszu z Chanel i szczerze mówiąc, nawet mi się nie chciało pisać na blogu o tym bublu;).

      A pomadką jestem zachwycona. Zarówno kolorem, jak i formułą. Bardziej mi się podoba, gdy mam na sobie ciemniejszy podkład z żółtymi pigmentami - jest wtedy jasnoróżowa w chłodnej tonacji. Gdy nakładam jasny neutralny podkład, jest już średnim różem - też mi się podoba, ale jednak widzę, że to będzie genialny odcień, który świetnie będzie się komponował z opalenizną.

      Ja mam problem;), bo napaliłam się na inne odcienie pomadek ze standardowej kolekcji Mac, poza tym upatrzyłam sobie 3 holograficzne błyszczyki z Mac, jest też całkiem miła dla oka seria z L'Oreal Color Riche Shine;) i mogłabym tak jeszcze wymieniać i wymieniać...

      Blogowania nie możesz zakończyć! :) Pisz o postępach w zużyciach i jeśli się uda zdenkować kosmetyki z danej kategorii, to pokazuj, czym je zastąpiłaś;).
      Ja po zmianie nazwy bloga tak naprawdę zaczęłam od zera. Dopiero po roku osiągnęłam takie statystyki, jakie miałam po trzech latach publikowania, także też nie było łatwo.

      Usuń
  2. Jestem pod wielkim wrażeniem Twoich zużyć:) A z tymi miniaturami tuszów to w sumie nie wiedziałam!
    Ja a zeszłym roku bardzo mało kolorówki kupiłam, ale i tak sporo tego do mnie trafiło, więc nadal nie mogę powiedzieć żebym miała ładnie zdenkowane. Ale chociaż z pielęgnacją dobrze mi idzie 😅

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo starałam się, chociaż nie, nie starałam się, tylko skupiłam się na konkretnych produktach a inne używałam rzadziej, żeby te główne się zużyły :)
      No z tymi tuszami to często tak jest, nie wiem, po co marki to robią, bo wg mnie strzelają sobie w kolano. Zamiast iść na stoisko i kupić pełnowymiarowy tusz będę wolała sobie załatwić skądś minisa i firma straci kasę. No ale jak się chcą tak bawić, to niech się bawią :)
      Pisałaś właśnie, że bardzo mało kupiłaś, ale zawsze spoko, ze coś się przypałętało samo. Mam nadzieję, że Ci się wszystko, albo chociaż większość ładnie sprawdziła :)

      Usuń
  3. Ja sukcesywnie rozdaje kosmetyki aby ich nie chomikowac ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już w sumie nie mam komu rozdawać, bo moja Mama sama ma pierdyliard kosmów, a moja Siostra nie za bardzo zainteresowana jest tematem :D Ma wszystko po 1 sztukę i i tak nie zawsze się wszystkim maluje :D

      Usuń
  4. A ja właśnie kupiłam sobie Volume a Porter Lancome, bo zachwycił mnie ten mini tusz;). I teraz jestem oczywiście ciekawa co z tego wyniknie jak już otworzę pełnowymiarową mascarę… Mam nadzieję, ze jednak będzie bardzo dobrym tuszem. Ja kocham mascary Lancome, więc mam nadzieję że i z tą tak będzie. Ale po Twojej opinii nie jestem już taka pewna czy się na pewno spisze dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mini Volume a Porter jest super, ale miałam dużą wersję i to nie było to samo. Mam nadzieję, że Tobie jednak trafi się taki egzemplarz, który będzie jednak identyczny do minisa.
      Z Lancomowymi mascarami mi jest nie po drodze, testowałam chyba wszystkie prócz Grandiose, ale tylko Volume a Porter mi przypadł do gustu i właśnie wersja mini.
      Trzymam kciuki, żeby ten duży tusz, który kupiłaś był tak samo dobry jakościowo, jak mały. Daj mi znać koniecznie, jakie masz odczucia.

      Usuń
    2. Ja z kolei bardzo lubię z Lancome właśnie mascary i podkłady:). Mam nadzieję, że duży tusz będzie ok...na razie zrobiłam mu fotki;). Ale dam znać co i jak;).

      Usuń
    3. Miałam kilka podkładów Lancome i najbardziej lubiłam Teint Miracle w starej edycji, która została niestety wycofana. Nowej nie testowałam, ale podobno to już coś innego, także waham się, czy w ogóle kupować. Będę czekać na wieści o tuszu :)

      Usuń
  5. wow, ale czad i rewelacja ! też powinna coś takiego zorbić i u mnie też największy problem jest z mazidłami do ust, mam tego w heja! i sama nie wiem co mam z nimi robić... masakra jakaś
    a u CIebie 10! to prlatycznie jedna na miesiąc, rewelacyjny wynik!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mazidła do ust też są moją problematyczną kategorią, ale staram się sukcesywnie zużywać i nie odkupywać. W zeszłym roku kupiłam tylko balsam i błyszczyk z Diora, ale 7 innych wpadło z innych okazji (prezenty do zakupów, gratisy, prezenty urodzinowe itp), więc nie byłam z tego faktu szczególnie zadowolona. W tym roku mam totalnego bana na produkty do ust :)
      Ten 10 co zużyłam to też chyba tylko 1 była od nowości niemalże, cała reszta już trochę używana. Ale ja ogólnie dość szybko zużywam pomadki, bo noszę 7 dni w tygodniu i reaplikuję w ciągu dnia, więc schodzą. Moja idealna ilość to 15-20, jeszcze mi trochę zajmie, zanim to osiągnę, ale osiągnę :D

      Usuń
  6. Wow! Jaki fajny przegląd zużyć. :) Narobiłaś mi smaka na Hourglass, idę jutro do Sephory pooglądać. Lip Glowy Diora też kocham.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Puder jest super, teraz kupiłam więcej kosmetyków tej marki, więc pewnie za kilka miesięcy pojawią się recenzje :D A Lip Glow Diora to oh i ah, najlepszy :D

      Usuń
  7. No duma mnie rozpiera, jak patrzę na Twoją konsekwencję w zużywaniu! Obyśmy już nigdy nie popłynęły :))). Fajnie, że napisałaś o tym tuszu Lancome. To chyba moje największe rozczarowanie w kontekście mała vs. duża wersja maskary. Może jeszcze YSL Faux Cils podobnie mnie rozczarował, ale jednak chyba Lancome bardziej.

    A ten korektor NARS to Vanilla? U mnie był wyraźnie chłodny. Trochę marnie jak na wanilię, która kojarzy mi się z ciepełkiem ;). Właściwości bardzo spoko. Korektora Revolution nawet nie kupowałam, bo miał być w klimacie Tarte Shape Tape, który postarzał mnie o jakieś 15 lat. A znasz korektor MAC-a Mineralize Concealer? W 2019 wyciągnęłam go z szuflady, zapomnianego, i bardzo dobry rok razem spędziliśmy! Nie wysusza, ładnie wygląda, przyjemny żółty odcień...

    Rozświetlacz z Lovely też teraz zużywam powoli i... o rety, jak ja nie cierpię opakowania! Nie rozwaliło się u mnie jeszcze, ale całe trzeszczy, poza tym to odkręcanie i tandeta... nie wiem, za dużo chyba w moim życiu pięknie oprawionych, droższych kosmetyków, tak że te tanie, bazarowe opakowania z roku na rok bardziej mnie wkurzają :/. I nie chodzi wcale o to, że półka musi być od razu luksusowa, bo wiele marek drogeryjnych też potrafi zrobić to dobrze. W ogóle już mi się do tych najtańszych szaf nie chce zaglądać z tego powodu. Jednak kosmetyk traktuję jako całość, lubię sięgać po rzeczy ładne.

    I wielkie brawa za zużycia pomadek! U mnie jednak większość wciąż jełczeje, co którąś udaje mi się wykończyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznaję, że łatwo nie było tego zużyć i czasami sobie myślałam - nooo lubię ten kosmetyk, ale bym chciała chociaż zmiany na chwilę. Dlatego już w styczniu wymyśliłam, że zamiast skupiać się na jednym wybiorę 1 lub 2 'główne' do zużycia, a następnie 1 lub dwa takie poboczne, jak te główne będą mi się nudzić i taka forma zużywania działała, bo np na 7 dni przez 5 czy 6 używałam tego głównego, a 1 czy 2 tego pobocznego i i tak się pięknie zużywało, a jakaś odmiana była i było przyjemnie tak zużywać :)
      Przede mną jeszcze długa droga niestety, znaczy ze zminimalizowaniem ilości. U Ciebie to poszło rach ciach, bo dużo wyrzuciłaś a wcześniej oddałaś (tak, czytałam po kilka razy Twoje posty na ten temat, a może nawet kilkanaście razy je czytałam? :D), natomiast ja mam wciąż dużo, ale kurde ja to wszystko lubię i nie chcę wyrzucać już więcej i nie chcę tego oddawać, bo lubię te kosmetyki.

      Z maskarami to już na przyszłość będziemy wiedziały, że lepiej kupić gdzieś minisy, aniżeli duże rozmiary. Chociaż też można się przejechać. Właśnie używam minisa Chanelowej maskary i to jest orka na ugorze, wywalam na koniec miesiąca, daję jej tylko te pare dni życia, chociaż te parę dni nic nie zmieni, bo ona jest po prostu tragiczna.

      Korektor Nars to Vanilla, tak, zgadzam się, on jest taki chłodnawy, chociaż też się spodziewałam przy pierwszej sztuce, że będzie jednak ciepły. Ale moja skóra ma odcień neutralny lekko w stronę żółci i tego korektora nie nakładam dużo, więc wszystko jest ok, chociaż faktycznie jakby był nieco cieplejszy to by było super extra. Marka wypuściła nowy odcień Madelaine i Nougatine, niby ta sama jasność ale inny podton, jednak z tego co widziałam te odcienie dostępne są jedynie na oficjalnej stronie i jak pytałam na 3 stoiskach Narsa to babki mówiły, że nie wiedzą, czy to wejdzie do normalnej sprzedaży, czy będzie tylko na Narsie.com. Gdybym mogła kupić ciut cieplejszy odcień niż Vanilla ale o tej samej jasności, to bym to zrobiła :) Ale sam korektor bardzo lubię. Revolution jest słaby, chociaż kolorystyka niby ładna. Ja korektora stosuję tak tylko jak na lekarstwo i nie pod same oczy tylko w dolinę łez, tak niżej i dosłownie odrobineczkę, więc nawet jakbym sobie nakładała szpachlę, to mi nigdy nie robi krzywdy, bo już wyżej, bliżej oka mam korektor rozświetlający.
      Mineralize znam i kocham - zużyłam już chyba z 4 sztuki, teraz jestem w połowie kolejnej i kolejną odkupiłam w grudniu chociaż nie potrzebowałam, ale zrobiłam to tylko dlatego, że UWAGA UWAGA - marka postanowiła go wycofać!!! Także jestem wkurzona na maksa, bo to mój ulubieniec wszechczasów. Także widziałam po Twoich zbiorach, że nie potrzebujesz korektora, ale jakbyś chciała mieć go ostatni raz, to zachęcam do zakupów jeśli jeszcze gdzieś dostaniesz, bo już go nie będzie :(((

      Co do rozświetlacza z Lovely - to opakowanie doprowadzało mnie do szewskiej pasji, połamało mi się i szybka wypadła, no masakra, do tego tak jak mówisz - opakowanie też ma znaczenie i ja jako wzrokowiec jestem w stanie wydać trochę więcej, żeby coś mi się wizualnie też podobało. Wnętrze to jedno, ale lubię mieć ładne rzeczy, które wizualnie też mi sprawiają radość. I wiem, że można to zrobić dobrze, bo np rozświetlacz Wibo Diamond Illuminator też jest tani i ma proste opakowanie ale jednak jakoś to wygląda i działa.

      Pomadki to mój wielki, ogromny problem. Jedziemy na tym samym wózku Kochana, robienie wielkiej kolekcji nie miało sensu, bo już kilka pomadek mi się zepsuło, kilka oddałam, a teraz walczę z czasem, żeby zużywać, żeby się więcej nie zepsuło, bo moja kolekcja jest warta dużo kasy i zwyczajnie żal mi tyłek ściska bo się boję że coś się znowu zepsuje. Zużywam i nie dokupuję. Chociaż w zeszłym roku dostałam kilka w prezencie. W tym roku każdemu mówię, że ma mi absolutnie nie kupować nic do ust, bo mam wciaż za dużo. Mam też 18 pustych opakowań Maca co daje 3 nowe pomadki, ale też nie idę do Maca i nie wymieniam, bo to tylko powiększy mój i tak już duży problem. Zresztą planuję napisać osobnego posta oo tym :)

      Usuń